Każdy kochanek wielbi swoją panią, nawet gdy jest ci ona nad wyraz nieforemna, szpetna, pomarszczona, krostowata, ziemista, krwista, zżółkła, niezdrowa na licu, gdy oblicze ma płaskie jak talerz żonglera, lubo też ciasne, mizerne, niedorosłe, albo li plamiste, gdy spoziera kaprawo znad ust żaby, ma nos krogulczy, zęby sterczące, przegniłe, czarniawe, niezgodne, zbutwiałe, gdy oddechem swym w krąg wszystko zatruwa (....) lecz jeśli ów raz ją pokocha, wszystko to w niej admirował będzie.
Rankiem 7 czerwca 1672 roku zatoka Solebay, wyglądała jak legowisko morsów – wśród opasłych cielsk liniowców prężyły się smukłe torsy fregat, a między nimi jak mewy uwijały się zwinne slupy. Lord Wysoki Admirał Edward Montagu, baron St Neotts, wicehrabia Hinchingbrooke i hrabia Sandwich, obracając na palcu pobłyskujący srogo sygnet, przechadzał się po mostku kapitańskim swego flagowego „Royal Jamesa”. Mimo tego, że pod stopami miał jeden z największych okrętów świata, niepokój drążył mu serce. Zapytany przez kogokolwiek, nie wiedziałby, co kazało mu wstać o świcie. Patrzył jak w jego stronę dryfują poszarpane płaty mgły, ołowiane wody zatoki rytmicznie przechylają zakotwiczone okręty, a na zboczach wydm wiatr maluje pięciolinie z sosnami zamiast nut. Mimowolnie strzepywał mgłę z munduru, dotykając palcami Orderu Podwiązki.
Wyobraźmy sobie księgozbiór pełen tajemnych inkunabułów, a każdy spod innej gwiazdy. Wśród potarganych obwolut i obcisłych skórzanych szat pysznią się nowe tomy, oprawne w kreacje według ostatniego krzyku mody. Zanim jednak owe dzieła przemienią się w rusałkę osetnika, pazia królowej, czerwonego admirała, pokłonnika wicekróla, rusałkę żałobnika, czy też szlaczkonia siarecznika - leniwie przeciągają się na półkach. Przeczytane przez jedno zaledwie pokolenie w swych zdobnych strojach przypominają gąsienice raczej niż motyle. Co innego wiekowe woluminy. Te dumnie prężą swe półpłótna i półskórki. Nie straszne im rany zadawane przez plemiona czytelników. Nie groźne hieroglify na marginesach, zakładki, pogryzione strony, krople kawy pomieszanej ze łzami. Nie boją się pogardy ani odrzucenia. Wielokrotnie ciśnięte w kąt jak obłok jedwabiu po balu, na którym zabrakło księcia. Spalone na stosach, wyklęte przez publiczność i krytyków... przetrwały.
Niczego więcej nie można oczekiwać. Dołożyliśmy wszelkich starań, aby utrzymać optymalny stan rzeczy. Łazienka obróciła się w laboratorium chemiczne. Na toaletce piętrzy się przedziwna kompozycja szczotek, nitek, irygatorów, wykałaczek, drewienek, trzymadełek, żrących płynów, gumek, pędzelków, frędzelków, kardaczy, druciaków, myjek, gliceryn, past leczniczych i zwodniczych, na dzień i na noc, razna tydzień i codziennych. Buzujemy energią, zamęczamy się niewiarygodnym bogactwem i rozmaitością ruchów okrężnych, posuwistych, z góry na dół i z powrotem. Dręczymy masażami dziąsła, dłubiemy, skubiemy, ścieramy, gładzimy, pieścimy, a jak gdyby specjalna złośliwość materii chciała unieważnić wszelkie nasze ambicje - zęby chwieją się, chyboczą, i wykręcają na wszystkie strony jak gałęzie wierzby płaczącej.
Gazeta Wyborcza z dnia: ..
Z CYKLU ANATOMIA ARTYSTYCZNA: SZALEŃSTWO ZGRZYTANIA ZĘBAMI
Agnieszka Kania, Jędrzej Jaxa-Rożen
Nie chcemy nikogo straszyć... Ostrzegamy tylko, radzimy rozejrzeć się bacznie dookoła, zwrócić uwagę na szczegóły... Otóż, jeśli Drogi Czytelniku obserwując kogoś bliskiego zauważysz, iż ten „zębami zgrzyta i jak pies wściekły pieni się”, będzie to to niezbity dowód na „opętanie prawdziwe”. Według „Nowych Aten” księdza Benedykta Chmielowskiego, wydanych we Lwowie w 1754 roku, dolegliwość taką leczyć można w jeden tylko sposób – egzorcyzmami. Nie są to przelewki, bo nigdy nie wiadomo czy osobnik poddany terapii wyjdzie z niej żyw. Zaniechanie kuracji grozi jednak głębokim kalectwem, a nawet śmiercią z wycieńczenia, warto więc zaryzykować. Czytelnicy biegli w łacinie pragnący odczynić diabelskie nasienie, mogą posłużyć się wydaną w 1489 roku biblią demonologiczną pt. „Malleus maleficanum.” Gazeta Wyborcza z dnia: ...
Z CYKLU ANATOMIA ARTYSTYCZNA: WYPRAWY WGŁAB CZŁOWIEKA
Agnieszka Kania, Jędrzej Jaxa-Rożen
Trudno wyobrazić sobie literaturę bez jej uwodzicielskiej toni, w którą wpada się od progu. Kiedy znikają ściany, szklanki, futra, bibeloty, a pozostaje jedynie zapach słów wnikających w każdy zakamarek wyobraźni. Kiedy tekst nie pozwala odetchnąć, napić się kawy, mimo że za oknami głucha noc i ptaki przewracają się na drugi bok. Podążanie szlakiem herosów, strzyg, wiedźm i zwykłych ludzi trwa na bezdechu i gdyby ktoś w takiej chwili zechciał strącić z głowy słomkowy kapelusz (jak to czyniły siostry widząc irlandzkiego pisarza Johna McGaherna pogrążonego w lekturze), to i tak z książki nie sposób się wybudzić. Chociaż fikcja gardzi prawdą i na odwrót, nie przeszkadza to ich symbiozie, wodzeniu za nos, sprzeczkach i wciąganiu czytelnika w swój świat. Jakby na każdą stronę rzucone było zaklęcie z grimoire.
Gazeta Wyborcza z dnia: 28 grudnia 2010
Z CYKLU ANATOMIA ARTYSTYCZNA: KOPERNIK
Agnieszka Kania, Jędrzej Jaxa-Rożen
Dachy domów, otulone dymem z kominów, cieniami chmur i aksamitem mchu, zaczynały przeciągać się po kurzawie nocy. Gdzieniegdzie mignęła ludzka postać, namalowana na płótnie okna, znikająca pod werniksem światła. Gdzieś nieśmiało zaskrzeczał kogut, nie wierząc jeszcze w nadejście jutrzni. Tu i ówdzie okiennice skrzypieniem oznajmiały gotowość do ćwiczeń, prostowały ramiona, wciągały brzuchy, podczas gdy wiatr gładził nierówne klepki ich spódnic.
Gazeta Wyborcza z dnia: 21 grudnia 2009
Z CYKLU ANATOMIA ARTYSTYCZNA: Z PUSTEGO I SALOMON NIE NALEJE, CZYŻBY?
Agnieszka Kania, Jędrzej Jaxa-Rożen
O tak, piękna jesteś, przyjaciółko moja, jakże piękna! Zęby twe jak stado owiec strzyżonych, gdy wychodzą z kąpieli, każda z nich ma bliźniaczą, nie brak żadnej. Cała jesteś piękna, moja przyjaciółko, i żadnej nie ma na tobie skazy. (Pieśń nad pieśniami, 4.2 i 4.7) Jakże niezmienna przy całym cywilizacyjnym postępie jest natura ludzka! W pewnym sensie to pocieszające, że również tysiące lat temu śnieżnobiały uśmiech (w Palestynie do dziś o śnieg raczej trudno, stad porównanie do białych owiec) był ceniony tak samo jak dzisiaj. A może nawet i bardziej, skoro ówcześni dentyści dopiero zaczynali odkrywać tajniki rzemiosła i nawet najmądrzejszego z mądrych, króla Salomona, uwiódł zalotny błysk białych zębów. Gazeta Wyborcza z dnia: 14 grudnia 2009
Z CYKLU ANATOMIA ARTYSTYCZNA: ODYSEUSZ A IMPLANTY
Agnieszka Kania, Jędrzej Jaxa-Rożen
Odyseusz wcale nie chciał jechać na wojnę. Nawet nie chodziło o to że wojna jest niebezpieczna - w końcu nie byle jakim był wodzem i wojownikiem - ale po prostu dobrze mu było w jego królestwie. Miał liczne stada, dom który własnoręcznie zbudował, mądrą i wierną żonę, która właśnie urodziła mu syna. Kiedy więc Agamemnon zażądał od niego by spełnił swoje obowiązki wasala i towarzyszył mu na wyprawie, Odyseusz zaczął robić uniki. Jako znany spryciarz i mistrz podstępów od wyjazdu próbował się wymigać w sposób praktykowany przez następne tysiąclecia poborowych, na "żółte papiery". Jednak jak wielu późniejszym poborowym, także jemu nie udało się skutecznie strugać wariata i na wojnę ostatecznie pojechał. Centrum Implantologii i Stomatologii Estetycznej - Agnieszka Kania